książka: Mariusz Szczygieł – Zrób sobie raj
05.02.2011
Mariusz Szczygieł – Zrób sobie raj; wyd. Czarne (seria “Sulina”), Wołowiec 2010 (ISBN 9788375362237)
zbiór reportaży i szkiców
Drodzy Czytelnicy,
chyba nie potrafię być mistrzem regularności. Kilka miesięcy temu, gdy recenzowałem poprzednią książkę Mariusza Szczygła – słodkawy Kaprysik – pisałem: I tak oto wróciłem – mam nadzieję, że na dłużej, że będzie bardziej interesująco niż było i że ktoś to będzie czytał (Kaja?).
I znów milczałem przez kilka miesięcy, a potem znów kilka słów rzuconych gdzieś pomiędzy innymi słowami kazało mi zajrzeć raz jeszcze do Dzienniczka. I jeszcze raz spróbować.
I, mam nadzieję, nie skończyć równie szybko, jak przedtem.
***
A przecież istnieje różnica pomiędzy streszczeniem Iliady a Iliadą
i dla tej przedziwnej różnicy
poeci codziennie walą sobie konia
(Egon Bondy, przeł. z czeskiego Anna Car, cytuję za Mariuszem Szczygłem - Zrób sobie raj, s. 28)
Wybrałem ten fragmencik by pokazać, jak karkołomnego zadania podjął się Szczygieł: zadania pozwolenia polskiemu czytelnikowi na zrozumienie dzisiejszej kultury Czech, w której taki wiersz nie jest przecież szczytem awangardy. Kultury rozumianej bardzo szeroko: z jednej strony znajdziemy tu reportaże dotyczące zjawisk społecznych (pochówki bez ceremonii pogrzebowych), z drugiej – sylwetki postaci niszowych, jak autor cytatu rozpoczynającego ten tekst chociażby; z jednej strony sporo tu o osobach popularnych – prowadzącej telewizyjne show pisarki, która zdecydowała o nie tak znów wielkim powodzeniu Dzienników Bridget Jones w Pradze, z drugiej – o ludziach uznanych, ale raczej nieznanych na ulicy, jak autor pomnika dwóch mężczyzn sikających na Republikę Czeską, który jest wystawiany wszędzie tam, gdzie dzisiejszy artysta wystawiać się powinien; z jednej strony pełno tu myśli o kształcie przeżyć mas: o czeskiej kinematografii i książkce, z drugiej – osobny rozdział zajmuje coś tak intymnego jak testament. A wszystko to opisane w sposób bardzo osobisty: bez ukrywania samego siebie – tak, by czytelnik miał pełną świadomość, ba, by podświadomie wiedział, że wszystko to Szczygła po prostu spotkało. Są tu zapisy zabłąkanych e-maili i treść kartek znalezionych w książkach, jest garść zdjęć. Nade wszystko są jednak wspomnienia, własne przemyślenia, wnioski i rozmowy, w których brutalnie zderza się czeska pohoda ze wszystkim, co polskie, a czego – na szczęście dla polskiego czytelnika – zakochany w Czechach Szczygieł nie stracił. I Szczygieł, i Czesi, z którymi rozmawia, dziwią się czemuś mniej-więcej raz na stronę, tylko nie zawsze o tym mówią: Polakowi trudno sobie wyobrazić społeczeństwo, w którym wyznanie wiary ma charakter comming-outu, podczas gdy Czech wspomina – Jak na niego krzyczeli, że jest idiotą, a jego Boga przyrównali do męskiego przyrodzenia – i mówi to z takim samym spokojem, z jakim udaje się na piwo albo produkować trzydziesty szósty litr spermy. I nawet jeśli ja dziwię się jeszcze mocniej niż Szczygieł, a do czechofilstwa brakuje mi stokroć więcej niż jemu, po lekturze jakoś bardziej się cieszę, że w niedzielę na dwie godziny wjadę do kraju, w którym ludzie ulepieni są z knedlikowej masy.

05.02.2011 at 06:14
Ja też mam taką nadzieję! Przeglądam tę notkę na szybciutko (zaraz wsiadam w pociąg
), dokładnie przeczytam, jak przyjadę
05.02.2011 at 12:54
no i widzisz jak ja wiem kto to będzie czytać?