Mariusz Szczygieł – Niedziela, która zdarzyła się w środę
wyd. Czarne, Wołowiec 2011
ISBN 978-83-7536-249-7

Mariusz Szczygieł to jedno z częściej powracających na łamy Dzienniczka nazwisk. Pisałem o ubiegłorocznych nowosciach – Kaprysiku i Zrób sobie raj, we wcześniejszej wersji Dz pojawiła się antologia 20. Były to jednak publikacje współczesne – Szczygieł, jakiego znamy dziś: dojrzały reporter znany z bohemofilii, z ugruntowaną i niekwestionowaną pozycją wśród polskich reportażystów. Był to jednak obraz cokolwiek niepełny, pozbawiony korzeni, tego czegoś, czego dowiadujemy się o twórcy sięgając po jego pierwsze, a nie ostatnie publikacje.

Tegoroczne wznowienie zbioru Niedziela, która zdarzyła się w środę (niezawodne Czarne!) jest dobrą okazją do uzupełnienia tego ewidentnego braku. Czynię to tym chętniej, że obecność Niedzieli… w księgarniach dziś wydaje się wcale nie mniej uprawniona, niż w czasach, które owa książka opisuje. To zbiór tekstów z wczesnych lat 90., czasów na tyle nieodległych, że nawet ja – dwudziestodwulatek – mam z nich garść wspomnień, a jednocześnie na tyle już przeszłych, że książka przenosi w zupełnie inny, przaśny i barwny świat. Dzięki subtelności i czułości reportera czyta się ją z uczuciem przypominającym nieco przeglądanie rodzinnego albumu. Wszystko jest przyjemnie nieodległe i przeciętnopolskie – tekst o disco polo mówi po prostu o tym, co nas wtedy otaczało. Reportaż o Amwayu przywołuje skojarzenia z tym czy owym nawiedzonym sąsiadem czy znajomym, który usilnie wciskał jakieś płyny i proszki komu popadnie, a genialna analiza polszczyzny z początku postkomunizmu (tak, to też wytwór tamtych czasów!) wywołuje naprzemiennie zdumienie i rozczulenie – kto dziś pamięta, że bardzo kontrowersyjne było wtedy słowo chips, a kontrpropozycją była swojska prażynka? Za to powszechne nierozumienie słów dziś oczywistych – leasing, manager – wcale nie zatarło się w pamięci, wymagało tylko kubła zimnej wody – przypomnienia – na głowę.

A czasem po prostu można się zdziwić, jak bardzo się zmieniliśmy. Nie tylko dzięki tekstowi o onanizmie albo analizie ogłoszeń, ale też – oglądając zamieszczone w tekstach zdjęcia Witolda Krassowskiego. Pozornie słabo związane z tekstem, powstające od niego zupełnie niezależnie, przedstawiają jednak podobne obszary ówczesnej codzienności. Smakowite i dobre.

Dziś książka nabiera zupełnie nowego blasku. Opisywane sprawy są już zamknięte lub mają swój ciąg dalszy i nowe, wyrazistsze życie (jak licheńska świątynia, której portret – z czasów budowy – znajdziemy w zbiorze). Na pierwszy plan wybija się więc nie aktualność tematów, ale subtelność i trafność ich ujęcia. W cytowanej w blurbie recenzji wydania z 1997 roku Paweł Dunin-Wąsowicz napisał – Jeżeli w przyszłości historycy bedą chcieli się dowiedzieć czegoś o Polsce lat 90., współczesna literatura piękna nie da im za dużo, książka Szczygła – berdzo wiele. Nie pomylił się ani trochę.

Paul Theroux – Pociąg widmo do Gwiazdy Wschodu. Szlakiem Wielkiego bazaru kolejowego
przeł. z angielskiego Paweł Łopatka
wyd. Czarne (seria „Orient Express”), Wołowiec 2010
ISBN 978-83-7536-216-9

Nie napisałem tego w recenzji Wielkiego bazaru kolejowego, ale książki Theroux, przynajmniej te dwie, które dotychczas czytałem, są w zasadzie nudne. Leniwie i egocentrycznie ciągną się i ciągną wokół przemyśleń autora, które przychodzą mu do głowy w którymś kolejnym pociągu jego szalonej podróży. A Pociąg widmo… jest do tego jeszcze grubszy.

Na niemal siedmiuset stronach autor opisuje podróż, którą odbył śladami włóczęgi sprzed trzydziestu laty, opisanej we wspomnianym już Wielkim bazarze…. Amerykanin wyrusza w drogę z Londynu i dociera lądem aż do Japonii przez republiki środkowoazjatyckie, by wrócić legendarnym ekspresem „Rosija” po Magistrali Transsyberyjskiej. I na tym opis akcji można by w zasadzie zakończyć: owszem, w pamiętniku, bo tak chyba należałoby określić gatunkowo tę książkę, roi się od komentarzy zastanej rzeczywistości i Theroux pozwala zasmakować kolorytu Indii czy przestraszyć się turkmeńskiego przywódcy, ale to nie one stanowią sedno i siłę utworu. Jest to bowiem przede wszystkim olbrzymi monolog o samym sobie. Traf tylko chciał, że świat ułożony jest mniej-więcej tak, że najlepiej takie monologi układa się, gdy jest się samemu, a najlepiej jest się samemu na dłużej, gdy wybiera się w podróż. Monolog można więc przepleść zapiskami o tym, co za oknem.

No i właśnie dlatego to straszliwie nudna książka. Upchnięte w jeden tom pół roku życia zmiksowane z całą jego resztą. Nuda ta pozwoliła jednak Theroux uchwycić jak mało komu sedno… podróżowania jako sposobu na życie. Choć operuje kompletnie innymi niż ja realiami, choćby finansowymi – znalazłem tani hotelik, sto dolarów – czuję z nim duże pokrewieństwo przeżyć. Mało kto opisuje bowiem swoje wyprawy w sposób tak głęboko odarty z heroizmu, mało kto z otwartą przyłbicą mówi – podróżuję, bo przez większość podróży nic się nie robi i można dużo myśleć, to wcale nie jest trudne, a ja jestem leniwy i po prostu lubię zmieniający się krajobraz.

To bardzo nudna książka. Kolejne pozycje Theroux, których wydanie zapowiada już wydawnictwo Czarne, przeczytam z nadzieją, że będą nie mniej nieinteresujące.

Kurt Vonnegut – Rzeźnia numer pięć
przeł. z angielskiego Lech Jęczmyk
wyd. Wydawnictwo Da Capo (seria „Lektura szkolna. IV LO”), Warszawa 1994
ISBN 83-7157-043-0

Jak widać po tytule serii, w ramach której wydano mój nieco szmatławy egzemplarz Rzeźni… (nie dość że szmatławy, to jeszcze z okładką w konwencji szkolnego zeszytu – w pociągu musiałem wyglądać jak podstarzały uczniak), z pewnym opóźnieniem sięgnąłem po książkę wchodzącą niewątpliwie w skład kanonu literatury dwudziestowiecznej. Szkic powieści jest powszechnie znany: autor opisuje bombardowanie Drezna, które sam przeżył jako jeniec wojenny, osadzając je w kontekście ogólnym drugiej wojny światowej widzianej nie z punktu widzenia stratega wojskowego obserwującego wszystkie działania, ale pojedynczego żołnierza amerykańskiego, który dostał się do niewoli niemieckiej. Jednak to, co czyni książkę najbardziej przejmującą i najsilniej korespondującą z rzeczywistością ubiegłego stulecia, to poszerzenie ram czasu akcji daleko poza wojnę, aż do chwili ukazania się pierwszego wydania amerykańskiego w 1969. Do przekazania opowieści o drezdeńskim dramacie autor kreuje bowiem fikcyjnego bohatera – życiowego, a zwłaszcza frontowego niezdarę, nieudacznika i fajtłapę – Billyego Pilgrima. Obok całej palety cech, którymi Vonnegut nie obdarzył Pilgrima, takich jak rozsądek, szyk, elegancja, sprawność fizyczna, umiejętność przetrwania – podarował mu jedną, której nie miał żaden inny żołnierz frontowy: zdolność do przemieszczania się w czasie. Czytelnik skacze więc wraz z ciapowatym Billym z okopu, gdzie prawie rozbito mu kark, wprost na przyjęcie z okazji rocznicy ślubu Pilgrima z jego pulchniutką żoną, z jadącego do obozu wagonu przepełnionego jeńcami – do szpitala psychiatrycznego lat sześćdziesiątych, a stamtąd w miejsca jeszcze dziwniejsze. Styl narracji każdego z tych pokojowych czy wojennych epizodów pozostaje niezmienny: krótkie, surowe, niemal telegraficzne akapity tworzące maleńkie podrozdziały. A potem trzask – i inna epoka. Trzask – i inna. Trzask. Trzask. Trzask. Jak z karabinu, nawet gdy strzały już dawno umilkły. Szaleństwo tu i szaleństwo tam. Bezmyślność tu i tam, błędy tu i tam, niezrozumienie, dziwni ludzie i tragiczne pomyłki. A to wszystko tak niedawno i zdarzyło się mniej więcej naprawdę (cytat ze wstępnego rozdziału powieści)…

Jarosław Iwaszkiewicz – Ogrody (Sny. Ogrody. Sérénité)
wyd. Czytelnik, Warszawa 1985
ISBN 83-07-01416-6

W zasadzie nie wiem, co takiego jest w tym Iwaszkiewiczu. Dawno już żadna książka tak mnie nie wynudziła. Za każdym razem z pewnym trudem wracałem do tekstu, gdy cokolwiek rozproszyło moją uwagę, a ledwo sto stron trzech opowiadań zajęło mi mniej-więcej tyle czasu, ile zazwyczaj potrzebuję na trzykrotnie grubszą powieść.

W zasadzie nie wiem, co takiego jest w tym Iwaszkiewiczu, ale coś ewidentnie jest. Może ta finezyjna gra w bezczas – brodzenie we wspomnieniach umieszczonych na osi dziejów bardzo luźno, nie tyle następujących po sobie w jakiejś kolejności, co tworzących pewne bloki wydarzeń, wśród których kolejność się rozpływa. Może to to, że musiałem sobie bardzo mocno przypominać, co to znaczy „kawon”. A potem dla pewności i tak sprawdzałem w slowniku. I rozwiązałem jeden ze swoich dylematów „co to znaczy”, bo na Ukrainie jest napój kawonowy. I że zdania w niedzisiejszym szyku, „posłyszeć”, „prędko zrozumiałem” i „jeno”, a brzmi nieźle. A może to rzeczywiście geniusz literacki, a ja to jakoś pokątnie dostrzegam, chociaż mnie nuży i nudzi i usypia.

No więc nie wiem co w tych opowiadaniach jest, a opowiadań jest trzy. Najdłuższy i najnudniejszy jest tytułowy Ogród. Najciekawsze i najkrótsze, napisane z największym polotem i zakończone fantastyczną sceną – Sny. Gdzieś pomiędzy tym ubrane w formę listów Sérénité. Warte przeczytania, ale nie mam pojęcia, dlaczego.

Artur Klinau – Mińsk. Przewodnik po Mieście Słońca
przeł. z białoruskiego Małgorzata Buchalik
wyd. Czarne (seria „Sulina”), Wołowiec 2008
ISBN 978-83-7536-056-1

Z pewnością pisałem już wielokrotnie, że uwielbiam trzymać w rękach książki wydane w ramach serii „Sulina”. Ich eleganckie, nieco ascetyczne, czarno-białe okładki z najwyższej klasy fotografiami i tradycyjny font z obłędnymi kapitalikami na fabrycznie nieco pożółkłych stronach sprawiają, że jeszcze zanim skończę czytać pierwszą stronę tekstu, jestem przekonany, że mam przed sobą coś wyjątkowego.

Tym razem powyższy opis ma głębszy sens, niż czysto estetyczny zachwyt nad starannością wydania. Chciałoby się bowiem mieć właśnie takiego przewodnika, który obdarzony jest „Sulinowymi” cechami. Przewodnika, bo – choć przekładając oryginalny tytuł białoruski słowo po słowie, otrzymalibyśmy Małą podróżną książkę o Mieście Słońca, rola dość sporego eseju Klinaua mniej przypomina noszoną pod pachą książkę z wyrysowanym szlakiem i opisem zabytków, niż żywego człowieka, z którym idzie się na długi spacer. Nie nudnawego pana ze sztampową gadką i czerwonym sweterkiem z logo PTTK, ale kumpla, który po prostu gdzieś mieszka i trochę interesuje się swoim otoczeniem albo spotkanego przypadkiem na dworcu człowieka, który rzucił, że mógłby pokazać kilka ciekawych miejsc. Wyznaczany przez Przewodnik… szlak tylko częściowo prowadzi bowiem przez miejsca godne uwagi książki dla przyjezdnych. Owszem, Klinau zabiera czytelnika na miński Prospekt, ale ścina drogę przez podwórka. Owszem, pokazuje dziesiątki słynnych budowli, ale oprowadza nie tylko po frontach, ale i oficynach. Owszem, pojawia się Świsłocz, ale zaraz potem są współczesna nekropolia, pijackie altanki, trochę barów. Wszystko to zatopione jest w nieco pozbawionej czasu rzece wspomnień: widoki całkiem współczesne mieszają się z tymi z wczesnych lat siedemdziesiątych, kiedy autor miał wiek jednocyfrowy. Nad Miastem Słońca wyraźnie czuwa duch Stalina, Lenina i zbieraczy butelek, których dziesiąt lat temu wyłowiono z rzeki, a w tekście – choć nie ma przecież żadnych wątpliwości, że oprowadzani jesteśmy po współczesnym Mińsku – pełno opisów rzeczy, które zniszczyły się jeszcze zanim rozpadł się Sojuz.

Cała ta ekskursja zdaje się mówić głosem Klinaua „Patrz, to jest moje miasto, jakimkolwiek by nie było”. Spośród pokładów niezrozumienia, negacji i delikatnej nienawiści do socjalistycznej zachodniej bramy do Krainy Szczęścia wyłania się czuła i tkliwa nostalgia. Tak jak u dobrego przewodnika.

Vladimir Nabokov – Śmiech w ciemności
przeł. z angielskiego Ariadna Demkowska-Bohdziewicz
wyd. Iskry, Warszawa 1993
ISBN 83-207-1430-3

Chciałbym być napisany przez Nabokowa. Zawsze marzyłem o tym, żeby przeżywać emocje bez względu na skutki, które przynoszą decyzje. By czuć głęboko i bezsensownie, głupio się zakochiwać, ekstatycznie marnować czas i życie. No mógłbym. To trzecia – po Lolicie i Królu, damie, walecie – książka wielkiego Rosjanina, którą przeczytałem, i we wszystkich trzech ten quasiromantyczny, szaleńczy, przepięknie głupi bezsens rusza mnie tak samo. I po odłożeniu każdej z nich – chyba mocno wbrew autorowi – myślę, że rujnowanie sobie życia nie jest w końcu takie krańcowo bezsensowne.

Mam taki dobro-niedobry zwyczaj, że po lekturze zawsze buszuję sobie po różnych dziwnych miejscach internetu i czytam, co o książce napisali inni – ot, by porównać swoje spostrzeżenia z czyimiś. Tym razem w jednym z krótkich komentarzy na BiblioNETce znalazłem wyjątkowo celne zdanie: Myślę, że należy czytać ją powoli analizując każde słowo (Karolina22). I choć wartka akcja nie sprzyja poświęcaniu tak dużej uwagi drobiazgom, autorka tego zdania ma rację. Żaden z wyrazów nie padł tu przypadkowo. Sporo tu odniesień, a znaczenie detali odnajduje się kilkadziesiąt stron dalej. Każdy szczegół buduje tu jakąś emocję, drobinki niosą wcale niedrobne sensy. I nic dziwnego – Śmiech w ciemności w polskim wydaniu to tłumaczenie drugiej wersji powieści: Nabokov sam dokonał przekładu jej pierwowzoru z rosyjskiego na angielski, przy okazji modyfikując nie tylko stylistykę wypowiedzi, ale i układ kompozycyjny. Jest to więc powieść dokładnie przemyślana po raz wtóry. Szkoda, że ów wielki pomysł nieco przyćmiewa nierewelacyjne tłumaczenie z nadmiarem średników, ale i tak… warto tę powieść o rujnowaniu sobie życia dla młodszej prostaczki przeczytać.

Andrzej Stasiuk – Mury Hebronu
wyd. Czarne, Wołowiec 2011
ISBN 978-83-7536-261-9

Tegoroczne wznowienie debiutu książkowego Stasiuka to całkiem dobry powód, by przypomnieć sobie o jednej z najcelniejszych, najmroczniejszych książek, jakie napisano opisując czasy pokoju. Proza, obok której trudno przejść obojętnie: cierpka, męska, wulgarna – proza więzienna bez maskowania tego, czym jest kryminał. Bez dorabiania pięknych romantycznych legend, które Stasiuk mógłby przecież dorabiać, wziąwszy pod uwagę kiedy i z jakiego powodu zamknięto jego samego. Bez ksztyny człowieczeństwa, którego nie ma w piekle, które stworzono, by ludzie przestali nimi być, a przypadkiem odczłowieczono także twórców tego świata. Bez cieniowania.

W tej nieludzkiej powieści Stasiuka dość paradoksalnie drzemie jakaś forma skrajnego humanizmu. Nie wiem, na ile opowieść inspirowana była życiem, ale to nieważne – Mury Hebronu to jedyna znana mi książka, której autor do tego stopnia pozwolił się wygadać, się opowiedzieć, się otworzyć komuś takiemu, jak główny bohater. Po prostu, chyba nikt wcześniej nie pozwolił swoim postaciom tak dokładnie i dosadnie przedstawić pewnego sposobu myślenia, umieszczając go jednocześnie w szerokim kontekście, zaczynając od pochodzenia i kumpli, a na sposobie artykułowania myśli kończąc. Z drugiej zaś strony, wyjątkowo jak na humanizm brutalnie, Stasiuk wymusza w czytelniku pewien proces myślowy. Konstruuje dla niego kompletny świat i wrzuca go weń, zatrzaskuje za nim więzienne kraty i wyzwala wszystkie emocje, które się z tym zamknięciem wiążą. A potem sprowadza myśli do parteru. Znokautowany kolejnymi ciosami w szczękę i pobudzony czajem zacząłem się po prostu zastanawiać nad człowieczeństwem i ludzkością, nie tracąc jednocześnie nic z wcześniejszego brutalizmu. Wyszły z tego stwierdzenia twarde, nieociosane, nerwowe. Pełne goryczy i strachu – brutalnie jak na humanizm, mówiłem. Pałka w łeb – myśl, pięść w szczękę – myśl. Noc na twardym – myśl. Zdanie – myśl. Słowo – myśl.

Dawno żadna lektura mnie tak nie bolała. I dawno już żadna nie wydała się tak istotna.

Vladimir Nabokov, Król, dama, walet, wyd. Marabut, Gdańsk 1994 (ISBN 83-85893-07-5)
powieść

przeł. z angielskiego Leszek Engelking.
I niech mi już nikt nie mówi, że czytanie romansów to niska rozrywka. Bo to niewątpliwie romans, burzliwa historia miłosna pewnej berlińskiej damy i prowincjonalnego chłopca, których zbieg okoliczności złączył w jedną rodzinę. I historia nie-miłosna pewnego zmanierowanego małżeństwa międzywojennego Berlina, historia, w której wielkie pieniądze współtowarzyszą wielkim i niskim uczuciom, a wszystko to w nieco smrodliwej atmosferze stęchłego pokoiku w deszczowy wieczór. Koronki eleganckich, modnych ubrań sąsiadują tu z kiczowatymi obrazami, luksusowy hotel z najbardziej niecnymi planami świata, a wielkie uczucia towarzyszą tyleż bohaterom pierwszoplanowym, co ich ogrodnikowi wobec psa wielmożnych państwa.

No i tak to. Cały Nabokov. Miłość brudna, świat zatęchły, ulice mroczne. Tysiące zabaw słownych – znaczące nazwiska i wydarzenia, które powracają sto stron dalej. Romans. Najlepszy romans, jaki czytałem.

Witam Czytelników po czerwcowo-lipcowej przerwie, na którą złożyły się usilne kończenie studiów i usilny odpoczynek od biegających przed oczami literek po ich zakończeniu. Mam nadzieję, że wreszcie (!) uda się powrócić do dawnej regularności.

Tarjei Vesaas – Wiosenna noc, wyd. Państwowy Instytut Wydawniczy (seria „Współczesna Proza Światowa”), Warszawa 1972 (bez ISBN)
powieść

Przeł. Beata Hłasko.
Przez to całe zagonienie związane z kończeniem studiów ostatnio prawie nic nie czytam. Gdzieś między egzaminem a papierkowymi bzdetami porzucam kolejne rozpoczęte książki, gubię wątki i nawet kiedy nic sensownego nie robię, nie mam ochoty powracać pomiędzy pożółkłe strony, bo za dużo czytam i piszę po to, by móc wyprowadzić się z Poznania. I gdzieś w środku całego tego szaleństwa na czterogodzinną podróż pociągiem wziąłem z półki Wiosenną noc Vesaasa, tego samego, którego nazwałem moim nowym ulubionym pisarzem jakieś trzy lata temu, gdy Ola podrzuciła mi jego Pałac lodowy (krótką recenzyjkę okryły już mroki dziejów), i którego od tamtego czasu – mimo olbrzymiego uroku, jaki na mnie rzucił – w ogóle nie czytałem.

Dziś znów nazywam Vesaasa jednym z najbliższych mi twórców i, nawet jeśli znów przez kilka lat nie wezmę w ręce jego kolejnych powieści, będę zauroczony jego sposobem postrzegania i opisu świata. Wiosenna noc to historia rodzeństwa – czternastolatka i nieco starszej siostry, które zupełnym przypadkiem zostało wplątane w surrealistyczne życie innej rodziny. Wraz z bohaterami zostałem porwany w wir ludzkich namiętności, nierozstrzygalnych sporów dobry-zły razem z nimi wchodziłem do kolejnych pokojów nocnego domu pełnego obcych ludzi, którzy nie mogli spać. Odkrywałem realność chłopięcej, czternastoletniej fascynacji, zawodów i zaskoczeń. Próbowałem zrozumieć trudną miłość braterską, której nigdy nie doświadczyłem, i rozgryźć, kim trzeba być w małżeństwie. Pędziłem na rowerze, by znaleźć działający telefon w spokojnej, zimnej i jakby pozbawionej ludzkich cech Skandynawii i zatrzymywałem się raz po raz, by zastanowić się nad baśniowo-realnym, magiczno-rzeczywistym światem Vesaasa. I z tego świata nie wyszedłem.

Siekierezada w reżyserii Witolda Leszczyńskiego, Polska 1985
film poetycki

Po prostu obejrzałem Siekierezadę. Pradera wskoczył na pniak przewożony leśną wąskotorówką, zamienił kilka słów z maszynistą i po prostu poszedł przez śnieg, a ja wiedziałem, że tego było mi potrzeba.

Nic na to nie poradzę. Nic nie poradzę, że wracam do Stachury, gdy nie wiem co robić. Świat, który tworzył, sprawia, że zaczynam wierzyć w to, że istnieję. Sceny bardziej realne niż rzeczywistość, miejsca, w których coś dzieje się naprawdę. Gdzie rzeczywistość ma kontury. Gdzie ludzie wpadają w prawdziwe furie, gdzie pije się prawdziwy bimber, gdzie ma się prawdziwą pracę, a łapy bolą od siekiery. Więc patrzyłem na tego Praderę dziwaka, na tego poetynę, zakochanego do szaleństwa wichroducha, który nagle odjechał nie wiadomo dlaczego i gada jak nakręcony o Gałązce Jabłoni. Patrzyłem, jak rąbie drzewo i gada ze sobą i przypominałem sobie te wszystkie moje rozmowy o życiu. Te długonocne ckliwe gadki o bezsensie, te listy i telefony. Myślałem o sobie, a on szedł na wiejska zabawę, gdzie ludzie mieli kości i krew.

Lubię takich, jak on. Swój do swego może, taki jakiś nieudaczniczy krąg, ale lubię, nic na to nie poradzę. Tylko nie potrafię tego wszystkiego zrozumieć, nie rozumiem, czemu życie właśnie tak wygląda, i dlatego czasem wracam do Stachury. Bo on też nie wie, nie wie pięknie, bezkompromisowo i we dwóch jakoś lżej. No. Tak jak przy pile, gdy na torze leży jakaś kłoda.

Siekierezada to film nakręcony na podstawie powieści poetyckiej Edwarda Stachury o tym samym tytule. Główny bohater filmu, Janek Pradera, odchodzi od dziewczyny i zatrudnia się przy wyrębie lasu. Żyje trochę jak samotnik, a trochę wśród drwali. Jest znikąd. Z lasu nie, bo przyjezdny, z miasta nie, bo sam mówi, że jest bardziej drogowy niż miastowy. Główną rolę odegrał Edward Żentara, który popełnił dziś rano samobójstwo.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.